Cerkiew św. Paraskewy w Leszczowatem
Świątynia, która pamięta
Fundacja Rozwoju Rolnictwa i Dziedzictwa Kulturowego Podkarpacia zaprasza Państwa do Leszczowatego – do miejsca, które na pierwszy rzut oka może wydawać się jedną z wielu niewielkich podkarpackich miejscowości. Ale wystarczy zatrzymać się tutaj na chwilę, aby rozpoczęła się naprawdę pasjonująca historia.
Jej bohaterką jest dawna greckokatolicka cerkiew św. Paraskewy. Drewniana świątynia, stara dzwonnica, niezwykłe polichromie, fragmenty dawnego ikonostasu, tajemnicze napisy zapisane cyrylicą, nazwiska ludzi sprzed niemal stu lat, grobowiec rodziny Kraińskich… Każdy z tych elementów jest kolejnym śladem prowadzącym nas coraz głębiej w przeszłość.
Kim byli ludzie, których nazwiska pozostawiono na ścianach cerkwi? Kto ją zbudował? Kto ufundował jej malowidła? Co stało się z dawnymi mieszkańcami Leszczowatego i dlaczego obok świątyni znajduje się rodzinny grobowiec?
Spróbujmy wspólnie odnaleźć odpowiedzi. Bo w Leszczowatem historia nie została zamknięta w książkach. Ona wciąż jest tutaj – zapisana na ścianach, ikonach, nagrobkach i w drewnie starej cerkwi.
Zapraszamy. Zaczynamy naszą opowieść…
Kiedy jedzie się przez Leszczowate, można ją zauważyć i… pojechać dalej. Drewniana świątynia, charakterystyczna kopuła, stojąca obok dzwonnica, kilka starych nagrobków. Ładny obrazek, szczególnie dla kogoś, kto przemierza Bieszczady i przyzwyczaił się już do widoku dawnych cerkwi. Warto jednak w tym miejscu zatrzymać samochód, bo to, co widać z drogi, jest tylko okładką znacznie bardziej niezwykłej historii.
Najpierw warto obejść budynek. Przyjrzeć się jego proporcjom, ogromnej kopule osadzonej wysoko nad drewnianą konstrukcją, starej dzwonnicy stojącej obok. Potem można zauważyć grobowiec. Kilkadziesiąt metrów dalej kolejny stary krzyż. Jeszcze nie wiadomo, co oznaczają i dlaczego znalazły się właśnie tutaj.
A później trzeba otworzyć drzwi.
I wtedy Leszczowate pokazuje swoje drugie oblicze.

Wnętrze eksploduje kolorem. Malowidła zajmują niemal każdą dostępną powierzchnię. Święci, Ewangeliści, sceny biblijne, Maryja, Chrystus, aniołowie, symbole Męki Pańskiej, ornamenty, gwiazdy, malowane kolumny i dekoracje mające przypominać kamień oraz marmur. Gdziekolwiek spojrzeć, coś przyciąga uwagę. Po chwili zaczynają jednak pojawiać się elementy, które do prostego obrazu „starej bieszczadzkiej cerkwi” przestają pasować.
Na jednej ze ścian widzimy świętych związanych z początkami chrześcijaństwa Rusi. W innym miejscu pojawiają się napisy zapisane cyrylicą. Jest krzyż przypominający o wydarzeniu sprzed ponad tysiąca lat. A kilka kroków dalej – herb papieża Piusa XI.
Papież w greckokatolickiej cerkwi? Święci dawnej Rusi obok papieskiego herbu? Do tego grobowiec polskiej rodziny ziemiańskiej przy świątyni miejscowej społeczności ruskiej, krzyż związany ze zniesieniem pańszczyzny, a na ścianach całe szeregi nazwisk ludzi, których od dawna już tutaj nie ma?
Jeżeli zaczniemy zadawać te pytania, cerkiew św. Paraskewy przestaje być tylko zabytkiem. Zamienia się w historyczne śledztwo, w którym niemal każdy przedmiot prowadzi do kolejnego człowieka i następnego rozdziału historii.
A początek tej historii znajduje się prawie pięćset lat wcześniej.
Dołącz do sympatyków FRRiDKP i czytaj dalej
Pierwsza część opowieści jest dostępna dla wszystkich. Podaj adres e-mail i zaakceptuj zgodę, aby bezpłatnie odblokować dalszą część oraz otrzymywać informacje o projektach, szkoleniach i wydarzeniach Fundacji.
Początki Leszczowatego i pierwsze świątynie
Leszczowate lokowano na prawie wołoskim w 1540 roku. Pierwsza cerkiew mogła stanąć tutaj już w XVI wieku. Nie znamy dokładnie jej wyglądu. Nie zachowała się fotografia, która pozwoliłaby nam zobaczyć najstarszą świątynię. Wiemy jednak, że miejsce kultu bardzo wcześnie stało się jednym z najważniejszych punktów wsi.
W dawnym Leszczowatem cerkiew była czymś znacznie więcej niż budynkiem, do którego przychodziło się w niedzielę. Wokół niej obracało się życie mieszkańców. Tutaj przynoszono dzieci do chrztu, tutaj młodzi zawierali małżeństwa, obchodzono najważniejsze święta, proszono o zdrowie i dobre zbiory, a kiedy ktoś umierał, dźwięk dzwonu niósł tę wiadomość po całej dolinie. Człowiek rodził się w świecie wyznaczanym przez cerkiew i bardzo często właśnie obok niej kończył swoją drogę.
W 1717 roku wzniesiono kolejną świątynię. Już tutaj pojawia się pierwsza zagadka. Część opracowań wiąże jej powstanie z rodziną Kraińskich, ale inne źródła wskazują, że Marcin Bonifacy Kraiński kupił Leszczowate dopiero w 1737 roku. Kto więc naprawdę stał za budową cerkwi z 1717 roku? Tego jeszcze nie wiemy. Pewne jest natomiast, że od XVIII wieku Kraińscy bardzo mocno związali swoje losy z Leszczowatem.
I właśnie dzięki nim historia nabiera charakteru niemal powieściowego.
Kraińscy i historia miejscowej społeczności
Najciekawszą postacią rodu był bez wątpienia Edmund Kraiński, urodzony w 1804 roku. Gdybyśmy znali go wyłącznie jako właściciela majątku w Leszczowatem, zapewne pozostałby jednym z wielu galicyjskich ziemian. Tymczasem jako młody człowiek wziął udział w powstaniu listopadowym i został odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Po klęsce powstania wrócił do Galicji, zajął się majątkiem, rolnictwem i działalnością publiczną. W czasie Wiosny Ludów uczestniczył w życiu parlamentarnym Wiednia, a wiele lat później, podczas wizyty cesarza Franciszka Józefa I w regionie, znalazł się wśród przedstawicieli miejscowych władz.
Jeszcze ciekawsze od jego kontaktów z wielką polityką są jednak relacje ze zwykłymi mieszkańcami Leszczowatego. Zachowały się przekazy, według których podczas dramatycznych wydarzeń 1846 roku miejscowi chłopi mieli być gotowi bronić swojego dziedzica. Po zniesieniu pańszczyzny Edmund przez wiele lat miał pomagać mieszkańcom jako pisarz gminny. Nie oznacza to oczywiście, że życie między dworem i wsią było pozbawione konfliktów. Pokazuje jednak, że rzeczywistość dawnego Leszczowatego była znacznie ciekawsza niż prosty podział na polskiego ziemianina i ruskiego chłopa.
Ślad jednego z najważniejszych wydarzeń tamtych czasów znajduje się zresztą do dzisiaj niedaleko cerkwi.
To krzyż związany ze zniesieniem pańszczyzny w 1848 roku.
Dzisiaj trudno poczuć emocje, jakie musiała wywołać ta wiadomość. Dla miejscowych chłopów pańszczyzna nie była terminem z podręcznika historii, ale elementem codziennego życia, obowiązkiem pracy na rzecz dworu i symbolem zależności istniejącej od pokoleń. Kiedy w 1848 roku została zniesiona, w wielu galicyjskich wsiach ustawiano krzyże mające przypominać o tym wydarzeniu.
W Leszczowatem zachował się jeszcze bardziej sugestywny przekaz. Według miejscowej tradycji dokumenty lub księgi, w których zapisane były powinności mieszkańców wobec dworu, miały zostać symbolicznie pogrzebane, a nad miejscem ustawiono krzyż. Nie wiemy, czy pod ziemią rzeczywiście nadal znajdują się jakieś dokumenty. Ale sama opowieść mówi bardzo wiele o emocjach ludzi. Nie wystarczyło im, że władza ogłosiła koniec pańszczyzny. Chcieli dawny porządek pochować.
Kiedy więc turysta stoi dzisiaj przed tym niepozornym krzyżem, stoi w miejscu, które dla ludzi żyjących tutaj w połowie XIX wieku symbolizowało początek zupełnie nowego życia.
Zaledwie trzynaście lat później, w 1861 roku, obok ówczesnej cerkwi pojawiła się kolejna budowla. Z inicjatywy Edmunda Kraińskiego powstała drewniana kaplica grobowa rodziny Kraińskich. Polski ziemianin zdecydował więc, że miejsce pochówku jego bliskich będzie związane z greckokatolicką świątynią miejscowej społeczności. Ten jeden szczegół pokazuje, jak trudno opisywać dawne Leszczowate za pomocą prostych podziałów narodowych i religijnych.
Edmund Kraiński zmarł w Leszczowatem we wrześniu 1887 roku. Przy cerkwi do dzisiaj znajduje się grobowiec Kraińskich i, jak wiele rzeczy w tym miejscu, również on pozostawia kilka zagadek.
Wewnątrz miały znajdować się trzy trumny. Jedną wiążemy z Edmundem. Kto spoczywał w pozostałych? Tego nie udało się jeszcze pewnie ustalić. Nie można po prostu przyjąć, że była to jego żona i syn, ponieważ miejsca ich śmierci prowadzą nas gdzie indziej. Nawet data śmierci Edmunda pozostawia niewielką tajemnicę: źródła historyczne wskazują rok 1887, podczas gdy na obecnej tablicy pojawia się 1888. Czy ktoś pomylił cyfrę podczas późniejszego odnawiania grobowca? A może historia jest bardziej skomplikowana? Odpowiedź może jeszcze czekać w którymś z archiwów.
Tymczasem Leszczowate rosło.
Świątynia, którą oglądamy dzisiaj
W 1921 roku we wsi znajdowały się 133 domy i mieszkało 871 osób, z czego aż 803 było grekokatolikami. W następnych latach liczba wiernych przekroczyła tysiąc. Obok grekokatolików żyli tutaj rzymscy katolicy i Żydzi. Była szkoła, plebania, dwór, gospodarstwa i warsztaty.
Dzisiejszy krajobraz może być pod tym względem bardzo mylący. Przedwojenne Leszczowate nie było cichą osadą zagubioną wśród wzgórz. Było żywą wsią pełną ludzi. Na drogach biegały dzieci, z pól wracały wozy, w gospodarstwach pracowały całe rodziny, ludzie spotykali się przy cerkwi, jechali na targ, zawierali małżeństwa, kłócili się o ziemię, martwili pogodą i planowali przyszłość.
Żyli tutaj tak, jakby ten świat miał istnieć zawsze.
Właśnie dla nich w 1922 roku powstała świątynia, którą oglądamy dzisiaj.
Do jej budowy sprowadzono cieśli z Ceniawy w ówczesnym powiecie dolińskim, z terenów leżących obecnie w Ukrainie. Byli to ludzie znający tradycję drewnianego budownictwa cerkiewnego i stworzyli świątynię wyraźnie różniącą się od wielu prostszych budowli regionu.
Na planie krzyża wyrosła drewniana konstrukcja, nad którą dominuje wysoki ośmioboczny tambur i wielka kopuła. Architektura nawiązywała do ukraińskiego historyzmu i poszukiwań stylu narodowego, łączącego nowoczesne ambicje z tradycją wschodniego chrześcijaństwa.
Musiała robić ogromne wrażenie. Trzeba pamiętać, że wyrosła pośród świata drewnianych domów, pól i wiejskich dróg. Ponad zabudowaniami nagle pojawiła się potężna kopuła widoczna z daleka.
Budując nowe, mieszkańcy nie wyrzucili jednak starego. Z wcześniejszej cerkwi przeniesiono fragmenty XVIII-wiecznego ikonostasu, ołtarz główny z cyborium, ołtarze boczne, ikony oraz carskie i diakońskie wrota. Niektóre zachowane przedmioty są jeszcze starsze od samej świątyni. Wśród nich wymienia się ikonę Ukrzyżowania – Pasji – z drugiej połowy XVII wieku, Chrystusa Nauczającego w XVIII-wiecznej ramie, przedstawienia św. Mikołaja oraz Matki Bożej z Dzieciątkiem.
Cerkiew z 1922 roku stała się więc czymś w rodzaju wielkiej drewnianej skrzyni pamięci, do której mieszkańcy przenieśli przedmioty należące jeszcze do świata ich rodziców, dziadków i pradziadków.
Nie znamy dotąd nazwisk cieśli z Ceniawy. Nie udało się też ostatecznie rozstrzygnąć, który duchowny prowadził parafię dokładnie w chwili budowy. Mamy jednak bardzo mocny trop.
W 1911 roku prezentę na parafię Leszczowate otrzymał ks. Dymitr Michalczuk. Mógł więc być duchownym związanym z przygotowaniem lub samą budową nowej cerkwi. W archiwum zachował się dodatkowo „Wykaz służb bożych w parafii Leszczowate za 1921 rok”, sporządzony w 1922 roku. Być może właśnie ten dokument pozwoli kiedyś rozwiązać zagadkę.
W 1924 roku parafię objął ks. Józef Dorocki. Nie był więc duchownym rozpoczynającym budowę, ale należał do pierwszych gospodarzy nowej świątyni.
Na początku lat trzydziestych pojawia się następne nazwisko: ks. Stefan Konkolowski. W 1932 roku był już administratorem parafii. W tym samym czasie patronem pozostawał Edmund Kraiński z Perespy, wnuk słynnego Edmunda Kraińskiego. Prawie dwieście lat po pojawieniu się Kraińskich w Leszczowatem nazwisko rodziny nadal pozostawało związane z miejscową cerkwią.
A pięć lat później wydarzyło się coś, co całkowicie odmieniło jej wnętrze.
Lato 1937 roku – ludzie zapisani na ścianach
Latem 1937 roku rozpoczęło się wielkie malowanie.
I tym razem nie musimy zgadywać, kto za nim stał.
Ludzie, którzy je przeprowadzili, zostawili nam wiadomość na ścianie.
Pierwsza tablica zaczyna się słowami:
„Мальовання сеї церкви доконано фондами скарбони церковної і жертвами слідуючих добродітелів…”
czyli:
„Malowanie tej cerkwi ukończono ze środków skarbony cerkiewnej oraz dzięki ofiarom następujących dobroczyńców…”
A potem następuje coś niezwykłego.
Prawdziwa lista ludzi, którzy prawie dziewięćdziesiąt lat temu sięgnęli do własnych kieszeni, aby pomóc pomalować swoją cerkiew.
Na ścianie zapisano między innymi Гурський Евст. – Eustachego Gurskiego, Капустинський Вас. – Wasyla, czyli Bazylego Kapustyńskiego, о. Ст. Конкольовський – o. Stefana Konkolowskiego, Волянський Данько – Dańkę Wolańskiego, Магач Евстахій – Eustachego Magacza, Крутей Іван – Iwana, czyli Jana Kruteja, Кавчак Мих. – Mychajła, czyli Michała Kawczaka, Томків Атаназій – Atanazego Tomkiwa, Мельничук Вас. – Wasyla, czyli Bazylego Melnyczuka, Кузьміньский Фел. – Feliksa Kuźmińskiego, kolejnego Кавчак Мих. – Mychajła Kawczaka, Шимоняк Василь – Wasyla Szymoniaka, Добровольський Васил. – Wasyla Dobrowolskiego, a następnie całą grupę Tomkiwów: Томків Стефан – Stefana, Томків Евстахій – Eustachego, Томків Лешко – Leszka i Томків Іван – Iwana, czyli Jana Tomkiwa. Listę dopełniają Добровольський Ів. – Iwan, czyli Jan Dobrowolski oraz Паньків Сава – Sawa Pańkiw.
Przy niektórych nazwiskach znajdują się dodatkowe określenia lub przydomki. Dwóch Michałów Kawczaków trzeba było rozróżnić, bo dla mieszkańców było oczywiste, że samo imię i nazwisko nie wystarczy. I właśnie takie drobiazgi sprawiają, że napis zaczyna żyć.
Szczególnie intrygują Tomkiwowie: Atanazy, Stefan, Eustachy, Leszko i Iwan. Pięciu ludzi o tym samym nazwisku. Czy byli braćmi? Kuzynami? Ojcem i synami? Czy ich gospodarstwa stały obok siebie? Czy razem zdecydowali, że rodzina dołoży się do malowania cerkwi?
Tego jeszcze nie wiemy. Ale odpowiedź może istnieć w księgach metrykalnych.
Druga tablica jest jeszcze ciekawsza, ponieważ pokazuje nam ludzi, którzy przedsięwzięcie organizowali.
Czytamy na niej:
„Ся церков розмальована за Всч. о. пароха Ст. Конкольовського, літом 1937, при співпраці комітетових…”
czyli:
„Cerkiew ta została wymalowana za czasów wielebnego ojca proboszcza Stefana Konkolowskiego, latem 1937 roku, przy współpracy członków komitetu…”
A dalej ponownie pojawiają się nazwiska: Гурського Евст. – Eustachego Gurskiego, Пашкевича Луки – Łukasza Paszkewycza, Крутея Ів. – Iwana Kruteja, Волянського Ів. – Iwana Wolańskiego, Стефанова Ром. – Romana Stefanowa, Шимоняка Вас. – Wasyla Szymoniaka, Тиркали Тим. – Tymoteusza Tyrkały oraz Іваница Мих. – Mychajła Iwanycy.
I nagle możemy niemal zobaczyć, jak wyglądały przygotowania.
Proboszcz Stefan Konkolowski spotyka się z komitetem. Trzeba znaleźć pieniądze, wykonawców, kupić materiały, przygotować rusztowania. Gurski, Krutej i Szymoniak nie tylko działają w komitecie, ale znajdujemy ich również na liście dobroczyńców. Organizują więc przedsięwzięcie i jednocześnie sami je finansują.
Później do cerkwi wchodzą malarze.
Ich nazwiska także zostały zapisane na ścianie:
„арт. мал. В. Волошинським, Н. Жовніром і учнем А. Борейком”
czyli polichromię wykonywali artysta malarz W. Wołoszyński, N. Żownir oraz uczeń A. Borejko.
I teraz można spróbować zobaczyć lato 1937 roku.
Wnętrze cerkwi wypełniają rusztowania. Wołoszyński i Żownir pracują kilka metrów nad ziemią, młody Borejko pomaga im przy kolejnych fragmentach. Dzień po dniu surowe drewno znika pod farbą. Powstają malowane kolumny, ornamenty, gwiazdy, sceny biblijne, aniołowie i święci. Pod rusztowaniami przechodzą Konkolowski, Gurski, Krutej i pozostali członkowie komitetu. Przychodzą mieszkańcy, którzy wpłacili pieniądze. Ktoś zapewne chwali kolory, ktoś zastanawia się, ile jeszcze trzeba będzie zapłacić, ktoś przyprowadza dziecko, żeby zobaczyło właśnie ukończony obraz.
To nie jest już historia „polichromii z 1937 roku”. To historia ludzi, którzy ją stworzyli.
A kiedy rusztowania wreszcie zniknęły, mieszkańcy Leszczowatego zobaczyli wnętrze niemal całkowicie odmienione.
Na ścianach rozgrywały się sceny z życia Chrystusa. Pojawiła się Maryja, Apostołowie, Ewangeliści, aniołowie i święci. Św. Piotr trzyma klucze, św. Paweł miecz. Dekoracyjne pasy i ornamenty prowadzą wzrok coraz wyżej, ku centralnym partiom świątyni.
Szczególne miejsce zajmują postacie związane z tradycją chrześcijaństwa dawnej Rusi, między innymi św. Włodzimierz i św. Olga. Ich obecność nie jest przypadkowa.
Zaledwie rok później, w 1938 roku, obchodzono 950. rocznicę chrztu Rusi Kijowskiej. W cerkwi zachował się fragment krzyża związany z datami 988–1938. Rok 988 uznawano za początek chrześcijańskiej historii Rusi, a dla grekokatolickich mieszkańców Leszczowatego nie była to abstrakcyjna data z podręcznika. Była częścią odpowiedzi na pytanie, skąd pochodzi ich tradycja.
Kilka metrów dalej znajduje się jednak coś, co może zaskoczyć turystę jeszcze bardziej.
Herb papieża Piusa XI.
Papieska tiara i skrzyżowane klucze pośród wschodniej ikonografii, cyrylickich napisów i świętych związanych z Rusią.
Nie ma tutaj sprzeczności. Jest klucz do zrozumienia miejscowej społeczności.
Mieszkańcy byli grekokatolikami. Modlili się według tradycji wschodniej, zachowywali bizantyjską liturgię i własną ikonografię, ale pozostawali w jedności z Kościołem katolickim i papieżem. Kiedy powstawała polichromia, papieżem był Pius XI.
W jednym drewnianym wnętrzu spotkały się więc Bizancjum, Kijów i Rzym.
A potem wzrok może powędrować jeszcze wyżej, w stronę chóru.
Tam znajduje się kolejna wiadomość.
Nad chórem zachował się jeszcze jeden niezwykle interesujący ślad dawnego życia cerkwi – napis modlitewny zapisany cyrylicą:
„Господи, сохрани их на многая літа.”
Po polsku: „Panie, zachowaj ich na długie lata”, albo szerzej, zgodnie z sensem tej formuły: „Panie, strzeż ich i obdarz ich długim życiem”.
Słowa te nie są przypadkowym napisem ani sentencją stworzoną specjalnie dla cerkwi w Leszczowatem. Nawiązują do bardzo starej tradycji mnogolecia – „Mnogaja leta”, obecnej w chrześcijaństwie wschodnim. Jest to uroczysta modlitwa i życzenie długiego, spokojnego życia, zdrowia, zbawienia oraz Bożej opieki. Formułę tę śpiewano między innymi za duchownych, wiernych i dobroczyńców świątyni, a w tekstach liturgicznych spotykamy zakończenie: „Господи, сохрани их на многая лета” – „Panie, zachowaj ich na długie lata”.
W Leszczowatem nabiera to szczególnego znaczenia. Nie oglądamy bowiem tylko dekoracyjnego napisu sprzed dziesięcioleci, lecz fragment dawnej modlitwy, którą mieszkańcy tej miejscowości znali i słyszeli podczas nabożeństw. To jeszcze jeden element łączący zachowane wnętrze z ludźmi, którzy przed wojną tworzyli tutejszą wspólnotę greckokatolicką.
I dopiero kiedy poznamy dalszą historię Leszczowatego, ten napis nabiera niemal przejmującego znaczenia.
Wojna, wysiedlenia i przerwana ciągłość
Bo w 1938 roku wszystko jeszcze żyło. Parafia wraz z Wolą Maćkową liczyła około 1158 wiernych. Dzwony wzywały ludzi na nabożeństwa, polichromia miała zaledwie rok, a na ścianach widniały nazwiska dobroczyńców. Tomkiwowie, Kawczakowie, Dobrowolscy, Gurski, Krutej, Szymoniak i pozostali przychodzili do cerkwi, którą sami pomagali upiększyć, a nad ich głowami znajdowała się modlitwa o ochronę i długie lata.
Nikt z nich nie wiedział, jak niewiele czasu pozostało dawnemu Leszczowatemu.
Rok później wybuchła wojna.
Według jednego z zestawień w 1939 roku wieś liczyła około 1240 mieszkańców: około 1130 Ukraińców, 80 Polaków i 30 Żydów. Określenia narodowości na tym pograniczu nie zawsze są proste, a pojęcia „Rusin” i „Ukrainiec” w różnych źródłach bywają używane odmiennie. Pewne jest jednak, że zdecydowaną większość mieszkańców stanowili grekokatolicy, a obok nich od pokoleń żyli rzymscy katolicy i Żydzi.
Wojna zaczęła rozrywać świat budowany tutaj przez stulecia.
Zmieniały się władze, granice i wojska. Pojawiła się przemoc i śmierć. Tragiczny los spotkał również ks. Stefana Konkolowskiego, którego nazwisko widzimy dzisiaj na obu tablicach. Człowieka, który latem 1937 roku chodził pomiędzy rusztowaniami, organizował malowanie i sam znalazł się wśród dobroczyńców. Według źródeł ukraińskich zginął 6 marca 1945 roku w Skopowie.
Później przyszły wysiedlenia.
W latach 1945–1946 część mieszkańców przesiedlono do Ukraińskiej SRR. W 1947 roku rozpoczęła się Akcja „Wisła”. Kolejne rodziny musiały opuszczać Leszczowate. W jednym z zestawień pojawia się liczba 243 osób wysiedlonych stąd w ramach tej operacji. Inni wyjechali wcześniej. Nieliczne rodziny mogły pozostać między innymi dzięki zatrudnieniu związanemu z przemysłem naftowym w okolicy Ropienki.
W ciągu kilku lat miejscowość straciła znaczną część społeczności, która mieszkała tutaj od pokoleń.
I właśnie w tym momencie warto ponownie wejść myślami do cerkwi.
Budynek miał niewiele ponad dwadzieścia lat, a polichromia zaledwie dziesięć. Na ścianach nadal widniały nazwiska ludzi, którzy za nią zapłacili: Gurski, Kapustyński, Konkolowski, Wolański, Magacz, Krutej, Kawczak, Tomkiw, Melnyczuk, Kuźmiński, Szymoniak, Dobrowolski i Pańkiw. Obok pozostawały nazwiska członków komitetu: Paszkewycz, Stefanow, Tyrkało, Iwanyca i pozostali. W innym miejscu nadal można było przeczytać nazwiska Wołoszyńskiego, Żownira i Borejki, a nad chórem wciąż pozostawała modlitwa prosząca o ochronę i długie lata.
Tylko wielu ludzi, dla których została napisana, już tutaj nie było.
W tym samym burzliwym okresie z krajobrazu Leszczowatego zniknęły zabudowania dawnej plebanii, nie przetrwał również dwór. Rozproszyły się rodziny, które przez pokolenia tworzyły miejscową społeczność. Część zaczynała nowe życie setki kilometrów od rodzinnej wsi.
Nowe życie dawnej cerkwi
Świątynia jednak ocalała i z czasem rozpoczęła kolejne życie.
Dawna cerkiew greckokatolicka zaczęła służyć wiernym obrządku rzymskokatolickiego. Dzisiaj jest kościołem filialnym pw. św. Paraskewii. Zmieniła się społeczność i liturgia, ale nie usunięto całej wcześniejszej historii. Pozostała polichromia, stare ikony, elementy ikonostasu, cyrylickie napisy, święci dawnej Rusi, papieski herb oraz tablice z nazwiskami ludzi, którzy w 1937 roku tworzyli to wnętrze.
I właśnie dlatego dzisiejsza świątynia jest tak niezwykła. Nie jest już funkcjonującą cerkwią greckokatolicką, ale historycznie nigdy nie przestała nią być. Jest rzymskokatolickim kościołem, który jednocześnie przechowuje pamięć wcześniejszej społeczności.
Kiedy wychodzimy na zewnątrz, historia wcale się nie kończy.
Dzwonnica i pytania, które wciąż czekają na odpowiedź
Obok stoi dzwonnica starsza od obecnej świątyni. Jej dokładne datowanie pozostaje niejednoznaczne. Wewnątrz znajdują się trzy dzwony, a jeden z lokalnych przekazów przypisuje najstarszemu pochodzenie sięgające nawet XVI wieku. Informację trzeba jeszcze zweryfikować na podstawie samego dzwonu i dokumentacji konserwatorskiej, ale jeśli okaże się prawdziwa, będzie to jeden z najstarszych materialnych świadków historii Leszczowatego.
I wtedy można pozwolić sobie na jedno wyobrażenie.
Jeżeli ten dzwon rzeczywiście jest tak stary, jego głos słyszeli ludzie, którzy nie mogli nawet wiedzieć, że kiedyś stanie tutaj obecna cerkiew. Słyszał go być może Edmund Kraiński. Mogli słyszeć go mieszkańcy świętujący zniesienie pańszczyzny. Ich dzieci chodziły przy jego dźwięku do starej cerkwi, a wnuki w 1922 roku zobaczyły nową. Później słyszeli go Gurski, Krutej, Szymoniak, Tomkiwowie, Kawczakowie i inni fundatorzy, kiedy w 1937 roku ich cerkiew zmieniała się pod pędzlami Wołoszyńskiego i Żownira.
A później ten sam dźwięk mógł towarzyszyć ludziom, którzy opuszczali Leszczowate.
Jeżeli dzwon rzeczywiście pamięta tak odległe czasy, jego metal może pamiętać więcej niż niejeden dokument.
I nadal pozostają pytania.
Nie znamy nazwisk cieśli z Ceniawy, którzy postawili cerkiew w 1922 roku. Nie mamy całkowitej pewności, kto był wtedy proboszczem. Nie wiemy, kto poza Edmundem Kraińskim spoczywał w pozostałych trumnach rodzinnego grobowca. Nie rozwiązaliśmy zagadki daty 1887 i 1888. Warto odnaleźć w metrykach wszystkich ludzi zapisanych na tablicach z 1937 roku i sprawdzić, czy Tomkiwowie rzeczywiście tworzyli jedną rodzinę. Nie znaleźliśmy też pewnej fotografii cerkwi poprzedzającej obecną świątynię.
I właśnie to sprawia, że Leszczowate jest tak fascynujące. Ta historia nadal nie jest zamknięta.
Być może gdzieś w Polsce albo Ukrainie żyją potomkowie ludzi, których nazwiska zapisano na ścianie. Być może w starym rodzinnym albumie leży fotografia wesela przed cerkwią. Może istnieje zdjęcie z budowy w 1922 roku. Może ktoś sfotografował mieszkańców w dniu poświęcenia świątyni. Może zachowała się fotografia Dymitra Michalczuka. A może gdzieś w szufladzie leży zdjęcie jednego z Tomkiwów, Kawczaków albo Gurskiego.
Każdy taki dokument może dopisać kolejne zdanie.
Dlaczego warto przyjechać do Leszczowatego
Dlatego do Leszczowatego warto przyjechać nie po to, żeby „zaliczyć kolejną cerkiew”.
Najpierw trzeba zobaczyć jej sylwetkę. Potężną kopułę na ośmiobocznym tamburze. Starą dzwonnicę. Potem odnaleźć grobowiec Kraińskich i pomyśleć o powstańcu listopadowym, który po wielkich wydarzeniach politycznych wrócił właśnie tutaj.
Trzeba odnaleźć krzyż z 1848 roku i wyobrazić sobie mieszkańców, którzy chcieli symbolicznie pogrzebać pańszczyznę.
A później wejść do środka.
Najlepiej przez pierwszą chwilę niczego nie fotografować.
Tylko podnieść głowę.
Dopiero po chwili zaczynają wychodzić szczegóły. Stare ikony pamiętające poprzednią cerkiew, malowidła z 1937 roku, święci, Ewangeliści, herb Piusa XI, krzyż przypominający chrzest Rusi, cyrylickie napisy.
A potem warto podejść do dwóch niepozornych tablic.
Bo właśnie tam historia nagle przestaje być historią budynku. Pojawiają się ludzie.
Eustachy Gurski. Wasyl Kapustyński. Stefan Konkolowski. Dańko Wolański. Eustachy Magacz. Iwan Krutej. Mychajło Kawczak. Atanazy Tomkiw. Wasyl Melnyczuk. Feliks Kuźmiński. Wasyl Szymoniak. Dobrowolscy. Tomkiwowie. Sawa Pańkiw. Łukasz Paszkewycz. Roman Stefanow. Tymoteusz Tyrkało. Mychajło Iwanyca.
Można wyobrazić sobie ich stojących dokładnie w tym miejscu. Dzieci wiercące się podczas długiego nabożeństwa, kobiety i mężczyzn patrzących na świeżo ukończone malowidła, starców pamiętających jeszcze Austro-Węgry, gospodarzy martwiących się o pogodę i zbiory, młodych ludzi spoglądających na siebie podczas liturgii czy kogoś, kto właśnie dał pieniądze na malowanie i z dumą pokazuje rodzinie ukończony fragment.
Zwykłe życie – i chyba właśnie w tym tkwi największa siła Leszczowatego. Nie w tym, że wszystko jest tutaj wyjątkowe, monumentalne i tajemnicze. Przeciwnie. W tym, że za wielką historią nadal możemy zobaczyć zwykłych ludzi.
Nie wiedzieli, że ktoś prawie dziewięćdziesiąt lat później będzie próbował ponownie odczytywać ich nazwiska. Nie wiedzieli, że świat, który uważali za trwały, w ciągu kilku lat niemal całkowicie się zmieni.
Ale pozostawili po sobie ślad – w drewnie, obrazach, ikonach, krzyżach, grobach, dzwonach i nazwiskach zapisanych na ścianie.
Dzisiejsza świątynia dopisuje do tej historii następny rozdział. Nadal służy ludziom i nadal jest miejscem modlitwy, choć obecnie jako kościół rzymskokatolicki. Kolejne pokolenia dbają więc o budynek stworzony przez społeczność, której w dawnym kształcie już nie ma. Dzięki temu nie zamienił się w martwą dekorację ani muzealną atrapę.
I chyba właśnie dlatego cerkiew św. Paraskewy jest jednym z tych miejsc, z których wychodzi się trochę inaczej, niż się do nich weszło.
Na niewielkim fragmencie ziemi spotykają się tutaj niemal pięć stuleci historii: wołoska wieś XVI wieku, dawne cerkwie, rodzina Kraińskich, powstanie listopadowe, pańszczyzna i jej zniesienie, budowa świątyni w 1922 roku, lato 1937 roku i malarze stojący wysoko na rusztowaniach, fundatorzy odkładający pieniądze na polichromię, obchody chrztu Rusi, wojna, wysiedlenia i wreszcie nowa społeczność, która przejęła opiekę nad świątynią.
Kiedy po poznaniu tej historii ponownie wychodzimy przed cerkiew, widzimy dokładnie ten sam krajobraz, który zobaczyliśmy po przyjeździe. Tę samą kopułę, dzwonnicę, grobowiec i stare krzyże.
A jednak wszystko wygląda już trochę inaczej.
Dzwonnica nie jest tylko dzwonnicą. Grobowiec nie jest już anonimowym grobem. Krzyż nie jest przypadkowym przydrożnym krzyżem. Malowidła nie są wyłącznie dekoracją. A nazwiska zapisane na ścianie przestają być ciągiem obcych liter.
Za każdym z nich stoi człowiek.
I kiedy na koniec jeszcze raz spojrzymy na cerkiew, zaczynamy rozumieć, że największym skarbem Leszczowatego nie jest nawet sam budynek.
Jest nim pamięć o ludziach, którzy przez prawie pięćset lat nazywali to miejsce swoim domem.
I właśnie dlatego warto tutaj przyjechać.
W drugiej części pokażemy cerkiew z bliska
W drugiej części pokażemy cerkiew z bliska
Na tym jednak naszej opowieści nie kończymy. W drugiej części chcemy pokazać cerkiew św. Paraskewy w szczegółach – poprzez fotografie.
Przyjrzymy się zachowanym fragmentom dawnego ikonostasu, carskim i diakońskim wrotom, poszczególnym ikonom i polichromiom, napisom zapisanym cyrylicą, nazwiskom fundatorów i członków komitetu z 1937 roku, detalom snycerskim, dzwonnicy, grobowcowi Kraińskich oraz tym elementom świątyni, które podczas zwykłego, krótkiego zwiedzania bardzo łatwo przeoczyć.
Bo czasami dopiero zbliżenie aparatu pozwala zobaczyć ślad człowieka sprzed niemal stu lat. A w Leszczowatem takich śladów zachowało się wyjątkowo dużo.
Źródła i materiały wykorzystane w opracowaniu
- Tekst i informacje historyczne: dokumentacja terenowa FRRiDKP, oględziny cerkwi św. Paraskewy, odczytane napisy fundacyjne i pamiątkowe, wykazy dobroczyńców i członków komitetu z 1937 r., materiały parafialne i archiwalne oraz relacje mieszkańców Leszczowatego.
- Fotografie: dokumentacja wykonana przez FRRiDKP oraz materiały udostępnione Fundacji przez mieszkańców i osoby związane z Leszczowatem.
- Mapy historyczne: Archiwum Państwowe w Przemyślu, zespół 56/126/0 „Archiwum Geodezyjne”, jednostka 56/126/0/-/896M – mapa wsi Leszczowate w Galicji, w obwodzie sanockim, z 1852 r.; skany udostępnione w serwisie Szukaj w Archiwach.
- Materiały uzupełniające: rodzinne wspomnienia, lokalne przekazy i ogólnodostępne opracowania historyczne oraz konserwatorskie dotyczące miejscowości, cerkwi i regionu.
Informacje, których nie udało się jeszcze jednoznacznie potwierdzić w dokumentach, zostały oznaczone jako hipotezy, miejscowe przekazy albo kwestie wymagające dalszych badań.

